Beata Pflanz w poszukiwaniu wyjścia

Niczym prawdziwy człowiek renesansu ma bliski kontakt z wieloma dziedzinami sztuki – tworzy obrazy olejne, rysuje, wypełnia przestrzenie i pisze, a wszystko to robi z pasją i talentem, który aż kipi z jej prac – Beata Pflanz – artystka urodzona w 1961 roku w Poznaniu. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Poznaniu, zdobywając dyplom w pracowni malarstwa profesora Tomasza Psuji. Kocha ludzi i jednocześnie ich nie lubi. Odpycha i przyciąga. Stara się otwierać na swoje „tu i teraz” wszystkie zmysły, by móc to dalej wykorzystać i przekazać w artystycznych działaniach.

Obrazy i rysunki Beaty Pflanz należą do sztuki niefiguratywnej, która cieszy się mniejszą popularnością i zrozumieniem niż tradycyjne prace artystów, ale pomimo tego w obrazach pani Beaty można poczuć ludzką egzystencję, zobaczyć to, co człowiekowi bliskie i ważne.

Czarne (Piekło)

Interesuje mnie rzeczywistość, w której się poruszam oraz to co wokół mnie się dzieje. Zarazem, unikam bezpośredniości swych wypowiedzi – tworzę po długim, filozoficznym namyśle. Moje: tu i teraz, jest nastawione na człowieka, na jego codzienną wędrówkę…

Artystka lubi mieć wpływ na swoje otoczenie (czyniąc z obrazów obiekty, jak sama mówi wszystko to z przekory, by przekraczać granice pojęciowe), co udowodniła wielokrotnie podczas organizowanych wystaw, m.in. wystawą z 2008 roku „PANGRAM”.

W swoim dorobku artystycznym posiada także „obraz” – obiekt książkę artystyczną „Kodeks” wykonaną  z papieru, korka i przy pomocy farb.

Obecnie artystka pracuje nad książką „Pamiętnik artysty” i szuka przestrzeni dla kolejnej wystawy.

Płótno.

Szorstkość balsamiczna dla palców… Ten dźwięk…Gdy przesunąć po nim ręką brzmi, jak harfa dla Odyseusza.

Każda nić – każda struna, opowiada swoją historię, każda jest ważna. Taka szara, zwykła, a jednak bez niej konstrukcja, czy też struktura materii, ulega zachwianiu. Rozpada się, jest pozbawiona znaczenia. Przestaje funkcjonować. Gubi swój porządek.

Płótno.

Szare i nieciekawe – na pozór.

Połowa nitek na północ, a druga na południe. Niezbyt równe włókna przeplecione z sobą. Trochę jak ludzkie istnienia – każde osobne, jak poszczególna nić, ale nie pojedyncze, bo stale ze sobą koegzystujące.

Szare. Codzienne. Najzwyklejsze i niezwykłe zarazem.

Fascynujące, tak wspaniałe i… tak nam podobne.

Płótno.

Cierpliwe, szorstkie, sztywne, odporne…, pełne nierówności, zgrubień, niedoskonałe.

Nieidealne.

Gotowe przyjąć historię pędzla, pomieścić na sobie garb działań artysty, cierpliwie znosić kolejne warstwy farby, albo piekące działanie terpentyny, bolesne razy szpachli…

Jest w stanie unieść zapis, historię. Pochłonąć energię ekspresji, twórczego przeżycia, gestu działania, tej twórczej transformacji, która procesowi tworzenia towarzyszy…

Szare płótno… kawałeczki łodyg niepozornej rośliny… łykowate włókna, krnąbrne, twarde – trochę jak kostki. Szkielet czekający na życiodajne soki.

Płótno.

Codziennością szare. Szorstkie zwykłą kolei rzeczy.

Takie trochę na północ, a trochę na południe. Cierpliwie oczekujące. Przyjmie wszystko. Zniesie każdą katorgę. Podda się biernie zaborczemu działaniu farby. Świadome własnej bezsilności. Obserwuje tylko, napięte i gotowe. Taki niemy świadek, bez prawa głosu…

Płótno.

Szare…

Wierne niczym pies: nawet jeśli niechcący zrobię mu krzywdę – nie warknie. Zniesie to, ze zrozumieniem. Ucieszy, gdy przytulę policzek. Cierpliwe… Złaknione czułości, chłonne, łapczywe i… nieme.

Cichy obserwator koloru szarego. Zarazem adorator, wielbiciel tego wszystkiego co z nim zrobimy, co mu przybędzie…

Płótno.

Ono kocha te zmiany. Uwielbia zapach farby, jak ja.

Skąd to wiem?

Wczoraj, gdy przyłożyłam doń policzek, przytuliło się do mnie żarliwie…

Płótno – szorstkość balsamiczna dla palców.

Nie może wypowiadać słów, nie artykułuje zdań. Nie umie.

Jednak potrafi przekazać to, co czuje. Śpiewa na swoją nutę, rozciągnięte jak bęben.

Płótno.

Więc wchodzę do pracowni, gdy dzień się kończy i lepki półmrok sączy się przez okno.

I czekam tak, policzkiem przy jego szorstkości ( płótna) i czekam… Zapadam w jego szarość… Nie szkoda mi czasu. Nadejdzie moment, gdy zadrży, otrze się o mnie.

Czekam…

Płótno…

Szare i nieciekawe – na pozór…

Beata Pflanz – fragm. „Pamiętnika artysty”

64 razy w poszukiwaniu wyjścia

Tagged under:

5 komentarzy

  1. Baszka von Hanff Reply

    Jestem pod ogromnym wrażeniem, Beato. I nie wiem, co większe dało: słowa czy obraz poszukiwanie wyjścia…
    Na obu polach widać, słychać, czuć Twoją żarliwość, ogień, śpiewający, drgający, pełen życia a przy tym ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa, mówiący: nie bój się, wszystko będzie dobrze, zawsze znajdzie się wyjście.
    Bardzo Ci, BEA, dziękuję.
    Mocno poruszona, Baszka

  2. Iwona Jędrzejewska Reply

    Beatko, z podziwem i radością przeczytałam fragment „Pamiętnika Artysty”.
    Czytam i czuję zapach tego płótna, jego szorstkość a zarazem przyjazną człowiekowi materię – służącą nie tylko Artyście! Odbieram z wdzięcznością to studium o cierpliwości
    i porozumieniu z rzeczą, która przyjacielem się jawi. Piękny hołd dla płótna, które z pokorą i życzliwością wypełnia swą powinność, w tej wyjątkowej „sprawie”…
    Beatko dziękuję! Serdeczne pozdrawiam, Iwona

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Log In or Utwórz konto